Jakie jest najmniejsze państwo na świecie? Większość osób na tak postawione pytanie odpowie, że jest nim Watykan, państwo-miasto będące enklawą w Rzymie. W pewnym sensie jest to prawda, ponieważ siedziba papieży jest najmniejszym państwem pod względem powierzchni. Gdyby za kryterium wielkości przyjąć liczbę mieszkańców, Watykan z 824. mieszkańcami znalazłby się na trzecim miejscu od końca na liście państw ułożonych według liczby ludności (źródło: Wikipedia). Ostatnie, 239. miejsce na tej liście zajmuje Pitcairn, grupa 4 wysp leżących na Oceanie Spokojnym pomiędzy Australią a Ameryką Południową. Wyspy posiadają własną flagę i hymn. Mają status terytorium zamorskiego Wielkiej Brytanii i podlegają królowej Elżbiecie II. Dwa lata temu największą z wysp zamieszkiwało tylko 49 osób (źródło: Wikipedia). Pozostałe 3 wyspy, tworzące to mini-państwo, są bezludne.
Mieszkańcy Pitcairn, którzy z łatwością zmieściliby się w jednej sali lekcyjnej, nie mają własnej rozgłośni radiowej, telewizję odbierają dzięki antenom satelitarnym, a komunikacja odbywa się przez radio CB. Paradoksalnie, pomimo tych ograniczeń Pitcairn jest wysoce zinformatyzowanym krajem. Każdy dom posiada dostęp do internetu dzięki satelitarnemu łączu, finansowanemu przez rząd, a w 2000 roku wyspie przyznano własną domenę .PN.
Dlaczego na blogu poświęconemu domenom internetowym znalazło się miejsce dla takiej ciekawostki geograficzno-demograficznej? Przypadek Pitcairn pokazuje, jak istotny w dzisiejszym świecie staje się internet. I nie mam na myśli faktu, że ludzie mieszkający na przysłowiowym końcu świata mają w swoich domach komputery podłączone do sieci. Obecność w internecie i posiadanie własnej domeny najwyższego poziomu (ang. ccTLD - country code top-level domain) staje się dla państw czymś równie oczywistym jak posiadanie hymnu i flagi. Nie ważne czy są to Chiny, gdzie żyje blisko 20% ludzkości, czy Pitcairn, w którym mieszka pół setki ludzi. Można zaryzykować stwierdzenie, że obecnie własna domena internetowa jest jednym z wyznaczników tożsamości narodowej i w cyberprzestrzeni pełni podobną rolę jak bandera na statku.
Oczywiście, trudno stawiać znak równości pomiędzy takimi symbolami narodowymi jak godło, hymn, flaga a paroma literkami, tworzącymi końcówkę adresu internetowego. Mimo to łatwo zaobserwować, że domeny internetowe stały się jednym ze środków wyrażania tożsamości zbiorowej i funkcjonują tak długo, jak długo istnieje grupa, która się z nimi utożsamia. Jedne adresy znikają wraz z wiatrem historii, podobnie jak jugosłowiańska domena .YU. Inne wciąż funkcjonują, mimo iż teoretycznie nie powinny. Tu dobrym przykładem jest końcówka .SU, przypisana do Związku Radzieckiego.
Ludzie chętnie podkreślają swoją przynależność lub miejsce zamieszkania poprzez tworzenie stron ze „swoją” domeną. Nie wystarczają im adresy narodowe lub ponadnarodowe (tj. .EU) i coraz częściej domagają się stworzenia adresów TLD związanych z konkretnym regionem lub miastem. Chcą aby ich miejsce było symbolicznie obecne w sieci. Pierwsze kroki w tym kierunku poczynili mieszkańcy Nowego Jorku. Stworzyli silne lobby, domagające się utworzenia nowojorskiej domeny .NYC. Znawcy branży przewidują, że podobne wnioski dotyczące końcówek .ROME lub .PARIS są tylko kwestią czasu. Czy za kilka lat my też dostaniemy domeny „krakowskie” lub „warszawskie”? Niewykluczone, że tak się stanie. Przywołane przykłady pokazują, że pomimo globalizacji ludzie czują się mocno związani ze swoimi małymi ojczyznami i chcą, aby te ojczyzny funkcjonowały w sieci. Nieważne, czy znajdują się na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych czy na środku Pacyfiku.
Środa, 21 Października 2009