Domeny internetowe są jak Kenny z South Park. Co jakiś czas ktoś ogłasza ich rychłą śmierć, a one wciąż mają się dobrze. Oto krótki przegląd rozwiązań, które mają wyprzeć tradycyjne adresy internetowe.
Internet roi się od zabójców. Właściwie każda nowa wyszukiwarka, serwis społecznościowy, tablet czy smartphone jest jakimś Google/Facebook/iPad/iPhone killerem (niepotrzebne skreślić). Ta swoista „mania zabijania" skłoniła Andrew Allemanna do napisania osobliwego apelu, który opublikował na łamach Domain Name Wire. Autor apeluje aby w końcu przestać używać słowa „killer" w odniesieniu do każdego nowego produktu, jaki pojawi się na rynku.
Impulsem do apelu Allemanna była wiadomość o planach uruchomienia nowej usługi quasi-pocztowej, sygnowanej przez Facebooka. Media szybko ochrzciły ją - a jakże! - "Gmail killerem". Okazuje się, że nie mniej krwawo jest w branży domen. Co jakiś czas pojawiają się doniesienia o zbliżającym się końcu adresów internetowych, jakie znamy. Spójrzmy na trzy trendy w rozwoju sieci, które są wskazywane jako potencjalni „domain killers".
Telefony pozwalające na swobodne instalowanie aplikacji oraz tablety zmieniają sposób, w jaki korzystamy z sieci. Po pierwsze, komputer nie jest już jedynymi drzwiami, prowadzącymi do internetu. Po drugie, rosnąca popularność aplikacji mobilnych powoduje, że korzystanie z sieci jest łatwiejsze i bardziej intuicyjne. Po co wpisywać adres w przeglądarce? Wystarczy uruchomić aplikację banku lub serwisu informacyjnego i już możemy sprawdzić stan konta lub najnowsze wiadomości. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Rok temu Adweb przygotował podobną aplikację dla wydawnictwa Infor.
A mówiąc ściśle - jedna wyszukiwarka. Google. Głównym zagrożeniem dladomen internetowych ma być pozycjonowanie. Większość internautów szuka informacji korzystając z usług Wielkiego Brata i nie zadaje sobie trudu aby sprawdzić wyniki wyszukiwania poza pierwszą dziesiątką. Wniosek - nieważne pod jaką domeną działa serwis. Liczy się pozycja w Google.
A mówiąc ściśle - jeden portal. Facebook. Przebojem ostatnich miesięcy jest tworzenie stron typu fan page, skupiających użytkowników, którzy lubią daną markę. W Stanach Zjednoczonych, gdzie popularność Facebooka jest znacznie większa niż nad Wisłą, prowadzenie działań promocyjnych w społecznościach internetowych jest czymś naturalnym. W jaki sposób Facebook miałby zagrozić domenom internetowym?
Helen Leggatt na łamach BizReport zwraca uwagę, że coraz częściej internauci chcąc dowiedzieć się czegoś na temat produktu nie odwiedzają „tradycyjnych" stron produktowych, ale klikają „lubię to" na Facebooku. W efekcie liczba fanów rośnie kosztem liczby odwiedzin na stronie produktowej. Leggatt podaje przykład ciastek Oreo, produkowanych przez Kraft Foods. W tej chwili fan page gromadzi ponad 15 milionów osób i należy do czołówki najpopularniejszych marek na Facebooku. Tymczasem liczba odwiedzin strony produktowej w ciągu ostatniego roku spadła z 1,2 mln do 321 tys.
Nie trzeba być analitykiem, aby zauważyć, że wpisywanie adresu www w przeglądarce to obecnie jeden z wielu sposobów na dotarcie do pożądanych informacji. Jednak ogłaszanie śmierci domen internetowych wydaje się przedwczesne. Dlaczego?
Aplikacje mobilne, mimo rosnącej popularności, wciąż nie są substytutem internetu i raczej nim nie zostaną. Mając w dłoni smartphone z dużym wyświetlaczem możemy korzystać z pełnowymiarowego internetu, nie ograniczając się tylko do aplikacji. Jedyne domeny, które mogą zostać zabite przez nowoczesne telefony to .mobi.
Ta końcówka miała służyć do tworzenia prostych i lekkich stron, przystosowanych do niewielkich wyświetlaczy komórek. Dziś powoli tracą rację bytu, ponieważ korzystając z telefonu można z powodzeniem oglądać pełne strony internetowe. Więcej o przyszłości .mobi możecie znaleźć tym wpisie.
Google to chyba najstarszy spośród „domain killerów". Od dawna przewidywano, że internauci zamienią pasek adresu w przeglądarce na pasek wyszukiwarki. Z pewnością większość z nas właśnie w ten sposób korzysta z sieci, ale i w tym przypadku pogłoski o śmierci domen wydają się mocno przesadzone.
Gdyby właściciele stron polegali wyłącznie na ruchu pochodzącym z wyszukiwarki, nikt nie kupowałby dobrych domen na rynku wtórnym ani nie inwestowałby w budowanie świadomości marki. Wystarczyłaby najgorsza nawet domena i odpowiednie nakłady na pozycjonowanie. Ceny, jakie padają na rynku wtórnym świadczą o tym, że dobry adres wciąż jest w cenie. Najlepszym przykładem jest niedawny rekord, ustanowiony przez domenę sex.com.
Ostatnim zabójcą na liście jest Facebook. O portalu Zuckerberga mówi się, że nie chce być kolejnym serwisem internetowym. On chce być internetem. Miejscem, którego użytkownik nie musi opuszczać gdy chce znaleźć informacje, pograć w gry, wysłać wiadomość do znajomych czy zapoznać się z ofertą danej firmy.
Facebook to świetne narzędzie dla marketingowców. Bezpośrednia i nieformalna interakcja z klientami może poprawić lub całkiem odmienić wizerunek marki a także wpłynąć na wysokość sprzedaży. Akcje promocyjne, konkursy z nagrodami, kupony rabatowe. Możliwości jest wiele.
Jest tylko jeden problem - wszystko to odbywa się wewnątrz ekosystemu Facebooka oraz według jego zasad. Firma nie jest właścicielem strony utworzonej w portalu i może nagle stracić fanów z wielu różnych powodów. Wystarczy, że pracownik, który utworzył stronę obrazi się na prezesa i skasuje fan page. Posiadanie tradycyjnej strony na własnym serwerze i pod własną domeną daje niezależność i możliwość odratowania danych w przypadku awarii. Polegając wyłącznie na Facebooku trzeba liczyć się z prostą zasadą. Gdy Facebook przestaje działać, twoja strona również.
Źródła: DomainConsultant, Domain Name Wire, BizReport
Foto: Donato Accogli via Flickr.com, CC license
Czwartek, 25 Listopada 2010