Słowa, które znaczna część rodaków kojarzy zapewne z lovesongiem Chłopców z Placu Broni, królującym na polskich listach przebojów szalonych lat 90-tych, u większości pracowników agencji e-PR wywołuje dziś przede wszystkim wymowny uśmiech na twarzy, powodowany skojarzeniami diametralnie innymi.
„Mów do mnie szeptem” – tak ponoć często zwracają się do siebie namiętni kochankowie w chwilach miłosnych uniesień. Przynajmniej jeśli wierzyć słowom przytoczonej piosenki. W życiu specjalisty e-PR kwestia ta nabrała w ostatnich latach zupełnie nowego znaczenia, a częściej, niż z ust kochanki w sytuacji łóżkowej, słowa te padają pod naszym adresem z ust klientów, w sytuacji biurowej.
Klienci mają swoje pragnienia i również na swój sposób podchodzą do tematu szeptania. Chcą, żeby mówiło się szeptem nie do nich, a o nich. Nie zawsze tak do końca wiedząc, jak i po co, jednak marketing szeptany w ostatnich latach dorobił się tak dobrego PR-u, że dziś właściwie każda firma chciałaby skorzystać z dobrodziejstw tego narzędzia promocji. Oczekując przy tym niebotycznych wzrostów sprzedaży, odwiedzalności strony czy też wybielenia zszarganego wizerunku. Niestety, nie we wszystkich przypadkach agencja PR jest w stanie zaspokoić w ten sposób pragnienia swoich klientów.
Co gorsza, klienci nie zawsze są skorzy do przyjmowania odmownych odpowiedzi, nieważne, że gruntownie uzasadnionych i opartych na wiedzy oraz doświadczeniach z licznych projektów z przeszłości, do których w ogóle nie powinno było dojść. Ze względu na specyfikę niektórych produktów czy branż, działania marketingu szeptanego, najdelikatniej mówiąc, nie zawsze są wskazane i efektywne.
Po prostu, ludzie w Internecie na co dzień nie prowadzą ożywionych dysput na temat styropianu przemysłowego, siatek ogrodzeniowych czy kostek brukowych (autentyczne zapytania ofertowe). Nagłe zagęszczenie wypowiedzi na ten temat z dużą dozą prawdopodobieństwa wzbudzi więc efekt odwrotny do zamierzonego. Inni internauci, zamiast dołączyć się do peanów pochwalnych na temat tego czy innego produktu, prędzej już napiszą nam bowiem „s********j spamerze”. Pół biedy, jeśli kampania ma się już ku końcowi, gorzej, jeśli przed nami przykładowo jeszcze trzy miesiące intensywnych działań, od których nie ma już odwrotu, choć ich efekt jest raczej łatwy do przewidzenia.
Przytoczone powyżej przykłady produktów na szczęście nie stały się podmiotami naszych działań, jednak tego typu „ciekawe” zapytania ofertowe od czasu do czasu nadal lubią się pojawiać. Niezmiennie wzbudzając przy tym naszą radość, ale i zarazem pewien niepokój, co będzie, jeśli potrzeba szeptów po stronie potencjalnego klienta okaże się tak wielka, że mimo tłumaczeń i wymówek, nie uda się danego pomysłu wyperswadować i uciec od jego realizacji?
Środa, 23 Listopada 2011