Cytat dnia

Marketing jest kreowaniem, a nie dzieleniem rynku.
Regis McKenna
Relationship marketing

Robert Siemiński

O jeden wpis za daleko

 

„Nie znaleziono żądanej strony.” Taki smutny komunikat wyświetla się dziś w miejscu, w którym kiedyś, w lepszych czasach (czyt. przed ACTA) z powodzeniem funkcjonował fanpage Zbigniewa Hołdysa. 

„Komentarz usunięty przez Zbigniewa Hołdysa” (4 tys. fanów), „Wkurwia mnie Zbigniew Hołdys” (3 tys. fanów) bądź też bardziej niszowe, choć równie wdzięczne „Zbigniew Hołdys mnie zbanował zanim to się stało modne” czy „Gdyby nie mózg, byłbym jak Zbigniew Hołdys.” Oficjalnego profilu Hołdysa co prawda już nie ma, a mimo to założyciela i byłego lidera grupy Perfect jest dziś na Facebooku więcej, niż kiedykolwiek. I to pomimo szumnie zapowiadanej akcji „Usuń Hołdysa z internetu”, odbywającej się – nie inaczej – również za pośrednictwem Facebooka.

Przed tygodniem Oskar Błachut pisał na temat tego, jak w starciu w sprawie ACTA sromotną klęskę ponieśli politycy. O ile jednak kolejne „eksperckie” wypowiedzi posła Grasia czy też tysiące komentarzy masowo usuwanych z fanpage’a premiera, świadczyły przede wszystkim o całkowitej indolencji komunikacyjnej polityków w tej sprawie, o tyle ostre komentarze Zbigniewa Hołdysa nie pozostawiły nikomu najmniejszych wątpliwości – jak zawsze, tak i w kwestii ACTA poglądy muzyka są kategoryczne, niepokorne i ostre niczym brzytwa. Po co powstało ACTA? Żeby uchronić artystów przed internetowymi złodziejami ich twórczości. Czemu internauci protestują przeciwko ACTA? Bo po wejściu dokumentu w życie nie będą już mogli bezkarnie okradać artystów. Proste? Proste. Przynajmniej dla Hołdysa.  

Potem sprawy potoczyły się już błyskawicznie. Na profilu Hołdysa setki komentarzy, równie ostrych i kąśliwych, co wcześniejsze słowa samego muzyka. Reakcja jak najbardziej zrozumiała i raczej prosta do przewidzenia – w końcu nikt nie lubi być wyzywanym od złodziei, zwłaszcza kiedy oskarżenie przybiera formą krzywdzącej generalizacji. Hołdys jednak nie dał sobie w kaszę dmuchać i z problemem postanowił sobie poradzić w sposób prosty – usuwając nieprzychylne komentarze ze swojego profilu (szkoła Tuska, jak widać). Proste? Proste.

I w ten oto prosty sposób, kilka dni później oficjalny profil Zbigniewa Hołdysa zniknął z Facebooka. Podobno muzyk usunął go sam, żeby trochę „przewietrzyć” atmosferę. Dlaczego w ogóle o tym piszę? Czemu sprawa Hołdysa jest tak interesująca z punktu widzenia osoby, zajmującej się na co dzień tematyką social media? Otóż przypadek muzyka dobitnie pokazuje, jak bardzo trzeba uważać na to, co się na Facebooku pisze. Hołdys o tym nie wiedział i skończył tak, jak skończył. Na własne życzenie narobił sobie na profilu syfu, po czym nie wiedząc, jak sobie z nim poradzić, po prostu profil usunął. Jego profil, jego prawo. Nie trzeba jednak sięgać pamięcią daleko wstecz, żeby przypomnieć sobie sytuacje kryzysowe, jakie miały miejsce ostatnio chociażby na fanpage’u Orange (ponad 1.600 komentarzy w odpowiedzi na wpis „Czym ostatnio zaskoczyło Cię Orange?”) czy Starbucks Polska (niefortunny wpis „I od razu dzień jest lepszy :D” w dniu śmierci Steve’a Jobsa). 

Tysiące fanów, jeden nieprzemyślany wpis i już mamy kryzys „jak malowany”. Niestety, prowadząc facebook’owy profil dla klienta, rozwiązanie a’la Hołdys w żadnym wypadku nie wchodzi w grę. Usuwanie niewygodnych wpisów czy całych profili to „komfort”, na który stać chyba tylko Zbigniewa Hołdysa (ewentualnie Donalda Tuska i Chucka Norrisa). Wniosek prosty, jednak przykład na tyle wdzięczny, że warto go sobie zapamiętać.

 

 

Czwartek, 02 Lutego 2012

Masz swoje zdanie? Komentuj!...

ostatnie komentarze
piszą dla was
PR Specialist
CEO Grupa Adweb
robię swoje i sprawia mi to cholerną satysfakcję...

więcej...

IAB Polska
Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl